Tajlandia

Szlachetne zdrowie czyli słów kilka o tajskiej służbie zdrowia

Kiedy mój mąż oznajmił mi, że czas pakować nasze włoskie życie, bo przenosimy się do Bangkoku, usiadłam przed komputerem i sprawdziłam dwie rzeczy: szkoły i szpitale. (Potem jeszcze, czy mają h&m, ale zakupy to zupełnie inny temat…) Edukacja i opieka zdrowotna to dwie najważniejsze rzeczy, które jako matka, biorę pod uwagę przy zmianie miejsca zamieszkania. W Europie z grubsza wiadomo, czego się można spodziewać, chociaż warunki korzystania ze służby zdrowia czy szkół różnią się między sobą. Wiadomo jednak, że raczej nikt tam na klepisku nie rodzi, a szkoły to nie są szałasy pod gołym niebem. Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać w Tajlandii. Na szczęście wujek google z pomocą przyszedł dość szybko i oznajmił, że nie ma się czym martwić. Czy tak rzeczywiście było? O służbie zdrowia poniżej.

Przede wszystkim napiszę o tym, że tajska służba zdrowia jest łatwo dostępna. Wielokrotnie korzystałam z usług medycznych na cito. Zazwyczaj – głównie w przypadku chorób dzieci -nie musiałam nawet jakoś specjalnie czekać długo w kolejce. Po prostu szłam do przychodni przyszpitalnej, robili wywiad medyczny i wszelkie pomiary, czekałam chwilę i już wchodziliśmy do gabinetu. W przypadku wizyty u specjalisty (tego samego dnia) trzeba było czekać nieco dłużej, ale oczekiwanie zawsze mieściło się w granicach rozsądku. Umawiane wizyty zazwyczaj też nie wymagały jakiegoś dużego nakładu czasu.

Druga rzecz – jest czysto, sterylnie. Szpitale to nie są jakieś budki szamana, ale porządne budynki o wysokim standardzie. Zaryzykowałabym stwierdzeniem, że zazwyczaj wyglądają dużo lepiej niż polskie szpitale. Standard oczywiście różni się zależnie od prestiżu danego miejsca, ale ma to również przełożenie na ceny – na jakość usług nie. Nieświadoma, jak działa tajska służba zdrowia, na samym początku trafiłam do szpitala publicznego. Akurat była niedziela, więc było też większe obłożenie. Czułam się tam dość osobliwie, bo przy takim tłumie byłam jedyną obcą. Jak się później dowiedziałam od lekarza – obcokrajowcy raczej wybierają szpitale prywatne. Nie znaczy to oczywiście, że nie mogą pójść do publicznego. Tak czy inaczej będą musieli za usługę zapłacić – sami lub z ubezpieczenia. Moje kolejne przygody związane ze służbą zdrowia dotyczyły więc już prywatnego sektora. Dla uspokojenia – zawsze używano rękawiczek, igieł jednorazowych, myto ręce, zmieniano ręczniki papierowe, w toaletach było mydło, papier i co tam jeszcze potrzeba. Wszędzie czysto, bez karaluchów, szczurów i innych przygód. Do tego bezpłatna woda butelkowana. Oczywiście – prąd i woda. Piszę o rzeczach oczywistych, ale czasami wydaje się, że Azja to głód, smród i ubóstwo. Nic bardziej mylnego. Podczas mojego pobytu w szpitalu po urodzeniu (więcej tu) najmłodszego syna miałam wręcz przesyt obecności sprzątaczek w moim pokoju.

Kolejna sprawa – nie ma się co obawiać o język. Pielęgniarki zazwyczaj mówią po angielsku, chociaż poziom bywa różny. W każdym razie zawsze wśród tłumu pielęgniarek znajdzie się taka, która zrozumie, co nam dolega – a proszę wierzyć, że jest ich sporo. Jedna przyjmuje, druga zapisuje wagę, trzecia ciśnienie, czwarta prowadzi do gabinetu, itd. Lekarze mówią po angielsku dobrze lub bardzo dobrze. Nie spotkałam lekarza niemówiącego po angielsku.

Szpitale wyglądają różnie. Czasami są to normalnie wyglądające budynki medyczne, czasami nowoczesne przeszkolne kolosy z fontannami, marmurami i wygodami dla pacjentów. Wszystko ma swoje przełożenie na cenę. Generalnie – im więcej szaleństw, tym wyższa cena. Turyści wybierają zazwyczaj: BNH,  Bumrungrad czy Samitivej Sukhumvit Hospital. Mnie się też zdarzało, ale przyznam, że nie widziałam żadnej różnicy prócz wysokości rachunku. Stosowałam więc zasadę – jak nie widać różnicy, to po co przepłacać. Moim wyborem był Mission Hospital (i nie jest to arykuł sponsorowany). Tam rodziłam, tam chodziłam do lekarza w razie potrzeby, tam był dentysta moich dzieci.

Co do cen – oczywiście zależy od tego, co nam dolega. Standardowa wizyta u lekarza to od 500 thb w górę (ok.50 zł). Do tego badania, leki – wszystko na miejscu, bez wychodzenia z budynku. Rachunek zazwyczaj zamykał się w 1500 thb. Nasze ubezpieczenie pokrywało 80% tej kwoty. Oczywiście ubezpieczenia bywają różne. Ale warto zawsze mieć. Dlaczego? W Tajlandii wszystko zdarzyć się może – zatrucie pokarmowe, pogryzienie przez psa, wypadek na motocyklu czy też zwykłe przeziębienie. Przezorny zawsze ubezpieczony.

Co warto wiedzieć jeszcze? Tajscy lekarze lubią przepisywać antybiotyki. Ot, tak na wszelki wypadek – lepiej jeden za dużo niż za mało. W aptece przyszpitalnej nie dostaniemy niczego dodatkowego – nawet witamina c, strzykawka czy lek przeciwgorączkowy musi być przypisany przez lekarza. Co innego normalna apteka – a tych jest sporo. Tam dostaniemy wszystko i to zazwyczaj bez recepty – antybiotyki, wszelkie leki, tabletki antykoncepcyjne – co kto chce i potrzebuje. Dość często sprzedaje się podróbki oryginalnych leków – dlatego też są one tańsze.

Podsumowując – wyjeżdżając do Tajlandii, nie musimy zaprzątać sobie głowy służbą zdrowia. Jeśli zajdzie potrzeba skorzystania z usług medycznych, na pewno trafimy w dobre ręce.

Dzisiaj ze zdjęciami skąpo. Nie pomyślałam, żeby strzelać zdjęcia w szpitalu.

img_20160623_172522
Na pierwszym planie oczywiście moje chłopaki, w tle – u góry po prawej stronie szpital Siriraj – dzisiaj dość słynny, bo to miejsce, w którym zmarł ukochany król Tajów.
img_20160404_102712
Wnętrze szpitala. Kasa.

 

Reklamy

Jedna myśl na temat “Szlachetne zdrowie czyli słów kilka o tajskiej służbie zdrowia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s