Polka

Nie ma jak w domu

Jest takie miejsce. Choć czasami dzielą mnie od niego tysiące kilometrów, to sercu zawsze jest bliskie. Mówi się, że dom jest tam, gdzie serce twoje. Moje jest tu. W Brzynie. I wcale się tego nie wstydzę.

Nie było mnie tu dwa lata. Ciąża, potem małe dziecko skutecznie odciągnęły mnie od wielkiego podróżowania. Dwa lata to moja najdłuższa separacja z domem rodzinnym. Ale jestem. Jestem i chłonę. I nieustannie się zachwycam. Porannym ćwierkaniem wróbli i klekotaniem bocianów. Gdakaniem kur i pianiem koguta. Powietrzem pachnącym sianem, jeziorem czy nawet krowim łajnem. Pejzażami jak z obrazka – takimi zwyczajnymi przecież, bo lasy to czy pola z pszenicą, a jednak zapierającymi dech w piersiach. I cieszy kolor nieba, którego w Bangkoku widać nie było wcale, bo przykrywała je gruba warstwa smogu, i chmury, które są białe, że jak wyprane w vizirze. I bzyczenie pszczółek pracujących na łące pełnej ostów. I klucze ptaków nad wieżą kościoła.

I miło zobaczyć znajome twarze (tych, których nie widzę czy poznaję, informuję, że to nie moja ignorancja, a wada wzroku jest całkiem spora). I porozmawiać w języku ojców. Bez szukania słów, myślenia o tym, czy palnie się jakiś błąd. I pośmiać się, i powspominać, i nawet posmucić, jeśli trzeba. I spotkać ze znajomymi warto i trzeba, choć czas nie guma i z wszystkimi się nie da. I nawet dobrze jest móc pójść na grób ojca. I pomyśleć, jak bardzo Go nadal brakuje, choć już więcej żyję bez Niego niż z nim, bo są pustki, których wypełnić się nie da i są ludzie, których zastąpić nie można. I przytulić do matki rodzicielki.

I cudownie jest zjeść śledzia po kaszubsku w takiej ilości, że brzuch trzeszczy. I jagody, i brzoskiwinie, i wiśnie (na dietę przyjdzie kiedyś czas). I zerwać sobie czereśnie prosto z drzewa i wcinać z robakami, bo sąsiadka mówi, że w tym roku dużo robaczywych. I zatapiać zęby w kolejnych odsłonach serników, bo dobry sernik nigdy nie jest zły. I próbować wszystkiego, za czym się tak bardzo tęskniło, bo wszystkich smaków odtworzyć się na emigracji nie da.

I wspaniale czuć pod stopami chłodną trawę po nocnej ulewie, choć siostra mówi, że nie mam łazić boso po ogrodzie, bo syf wnoszę do mieszkania. I piasek na plaży – taki inny niż ten w Tajlandii (śmiem twierdzić, że nie ma lepszego na świecie niż ten nad polskim morzem). I wrócić do wspomnień, kiedy to wujcio kochany (który jak mówi, że serce choć chore, to zawsze otwarte na młode dziewczyny), ciągał nas po białogórskich, mało wtedy uczęszczanych leśnych ścieżkach prowadzących nad morze. Smażyliśmy się wtedy na słońcu posmarowani olejkiem Bambino jak te kurczaki na rożnie, nie myśląc wcale o dziurze ozonowej i raku skóry. Zjadaliśmy kanapki z pasztetem i piaskiem i było nam błogo.  A po 5 minutach od zejścia z plaży człowiek był tak zziajany, że znowu miał ochotę zamoczyć się w lodowatym Bałtyku. A potem jęczeliśmy w nocy, bo skóra spieczona na raka dawała o sobie znać.

Tym, którzy myślą, że tylko świat daleki, w którym mieszkam jest wspaniały, pragnę poinformować, że tu też jest pięknie. Wystarczy tylko rozejrzeć się dookoła.

IMG_0270IMG_0271IMG_0274IMG_0284IMG_0304 (1)IMG_0406IMG_1106

Advertisements

2 thoughts on “Nie ma jak w domu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s