Emigrantka · Tajlandia

Pokochać Bangkok w dwa… lata

To nie była łatwa miłość. Nazwałabym to związkiem dość burzliwym, z problemami. Bez kłótni i pretensji, ale jednak z nutką goryczy gdzieś pomiędzy. Zupełnie jak ziarnko maku między zębami. Niby go nie ma, a jednak wkurza, że człowiek cyka jak szalony, żeby się go pozbyć.

Koniec sierpnia 2014. Pora deszczowa w pełni. Po kilku tygodniach spędzonych w Polsce, tajskie temperatury i wilgotność powietrza obezwładniają. W nocy nie śpię, bo komary wypijają ze mnie mój zachwyt i podekscytowanie nowością. Nad ranem jakieś egzotyczne ptaki drą się tak, że początkowo biorę je za małpy w pełni sezonu godowego. Brakuje mi włoskiego jedzenia i moich sąsiadów. Padające deszcze niszczą mi dwie pary ukochanych butów, a wychodzić przecież muszę, bo dzieci się same ze szkoły nie odbiorą. Taksówkarze obwożą nas jak się da, czyli rzadko zdarza im się trafić od razu do celu. Przez korki, które są zawsze, ciągle się spóźniam. Do tego wszystko śmierdzi. Biegają szczury, karaluchy. Po ulicach błąkają się bezdomne wychudzone psy i koty. Różnice kulturowe i podejście do niektórych spraw doprowadzają mnie do obłędu. Jedzenie uliczne jakoś mi nie podchodzi, bo jak ładnie wygląda, to jest tak pikantne, że przełyk i odbyt palą mnie jeszcze przez tydzień. Jest głośno, nie umiem się przyzwyczaić.

Ostatnie dnie czerwca 2016. Pakowanie w pełni. Odwożę rano dzieci do szkoły. Pani na przystani z daleka wita naszą gromadkę szerokim uśmiechem i wyciąga dwa bilety. Ktoś pomaga mi z wózkiem wpakować się na łódkę. Ktoś przytrzymuje podaje rękę mojej córce, by łatwiej było jej wsiąść. Ludzi podróżujących znam już z widzenia. Junior zalotnym uśmiechem zaczepia podróżujących do pracy. Odpowiadają i kobiety i mężczyźni. Bez cienia przekłamania na ustach. W szkole spotykam kolejne znajome twarze. Jest czas, by na spokojnie wymienić kilka zdań. Umówić się jeszcze na ostatnią kawę lub usłyszeć życzenia szerokiej drogi. Wracam do domu. Zahaczam o targ. Do smrodu jakoś przywykłam. Przystaję, bo panowie zatarasowali mi drogę swoim pick-upem. Pstrykam fotki, bo jakoś mnie ta scena urzeka. Przed domem znajoma straganiarka woła do mnie z daleka – Hello, madam, banana? Mijam strażników. Wszyscy grzecznie układają ręce w geście wai. Jeden przed Juniorem udaje kota, drugi tego ptaka, który mnie dwa lata temu tak strasznie irytował. Wszyscy się śmiejemy. Nie działa winda przy bocznym wejściu, więc strażnik leci z uśmiechem, żeby mi pomóc wnieść obładowany wózek na górę. Przy okazji wypytuje się, kiedy wyjeżdżamy, bo on będzie tęsknił za moimi dziećmi. Wyciąga z kieszonki zdjęcie Agaty. Nie mam zielonego pojęcia, skąd je ma. I przyciszonym głosem dodaje jeszcze, że ma nadzieję, że nasz Bóg będzie miał nas w opiece. Recepcjonistka wita nas głośnym Sawadee kha, na co Filip się energicznie unosi. Uwielbia tę kobietę. Podczas śniadania delektujemy się świeżymi mango i ananasami. Pycha. Sprzątam chatę. Przychodzi właściciel na odbiór mieszkania. Stresuję się bardzo, bo mieszkanie nosi dość wyraźne znaki użytkowania przez moje dzieci (swoją drogą, to zawsze się okazuje, że wszystko w domu psuję ja), a okazuje się, że niepotrzebnie, bo to bardzo miły człowiek. Przyjeżdża koleżanka. Gadamy przez dwie godziny. Spijamy szybką kawę w pobliskiej kawiarence. Obsługa goni za Filipem. Po południu dzieci wracają ze szkoły. Agata od progu krzyczy, że dostała książkę od swojej klasy. Biorę do ręki, a tam zdjęcia jej, Juniora i moje z wszystkich wspólnych uroczystości. Wracają wspomnienia. Jakaś mała klucha z emocji drapie w gardle…

Nie, to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Rodziła się w ciężkich bólach. Budowała cegiełka po cegiełce, puzzel po puzzlu. A jednak smutno mi opuszczać to miejsce. Będę tęsknić za wszystkimi, których tu poznałam, a trochę się ich uzbierało. Nigdy nie miałam aż tylu znajomych. Będę wspominać z uśmiechem na ustach wszystkie spotkania, przygody, zachwyty i rozczarowania. Tych, którzy potrafili rzucić wszystko i pędzić po moje dzieci do szkoły, bo ja nie mogłam wyjść ze szpitala. Tych, którzy dzielili ze mną pasję do torebek i dobrej kawy i milczeli, gdy kupowałam materiały w słoniki lub ptaszki. Tych, którzy w pocie czoła piekli lasagne, bo mi brakowało włoskiego jedzenia. Będzie mi brakowało uśmiechu obcych ludzi na ulicach. Ich bezinteresownej pomocy. I pewnie nawet odgłosu tuk-tuków będzie mi brakowało i absurdalnych sytuacji codziennych. I śpiochów na przystaniach, ławkach czy chodnikach. Błąkających się psów w koszulce, gdy jest chłodno. I straganów na każdej ulicy. Smaku ciepłych od słońca i soczystych mango. I gotującej się zupy i ryżu. I dymiącego grilla. I nerwowo śmiejących się taksówkarzy, gdy śpieszysz się bardzo, a oni nie mają pojęcia, gdzie jechać, ale nie przyznają się do tego. I tekstów same, same but different i no have. Tylko fauny w postaci uciekających karaluchów nie będzie mi brakowało. Jednym słowem – Bangkok, I love you. Będę tęsknić. Przede mną nowe wyzwania, przygody i jeszcze nienapisane posty. Mam nadzieję, że będziecie czytać o tym wszystkim. Nowy Jork czeka, ale najpierw do zobaczenia w Polsce…

IMG_8849

IMG_8883

IMG_9128 (1)

IMG_9378

IMG_9454

IMG_9609 (1)

IMG_9164

IMG_9663

IMG_20160220_095350

IMG_9773

Reklamy

2 thoughts on “Pokochać Bangkok w dwa… lata

  1. Od Nowego Jorku zaczynalam swoja przygode z „wielkim swiatem”. Bardzo mi sie podobalo! Mloda bylam I daleko do domu, ale wtopilam sie w tlo nadzwyczaj szybko… Maz ostatnio cos przebakiwal, ze moze za rok, moze za dwa bedziemy sie przenosili do Singapuru…
    Na razie z Malym w Polsce… I dorywczo trwajacy przez wakacje remont domu…
    Pozdrawiam serdecznie I zycze Wam wspanialych wrazen z nowego miejsca!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s