Emigracja

Spokój grabarza czyli o emocjach emigranta-tułacza

Spakowana! Wszystkie graty leżakują w kartonach. Uff… Co to był za gorący czas! Koniec roku szkolnego, mnóstwo pożegnań i uścisków, chata rozbabrana na całego, Pan Mąż na misjach (nie, nie jest misjonarzem), a w tym wszystkim Junior prowadzący normalne życie, o pozostałej dwójce nie wspomnę. Temu wszystkiemu  towarzyszył taki niezwykły koktajl emocji, że chwilami samej ze sobą ciężko mi było wytrzymać. O nich – o emocjach towarzyszących wiecznemu emigrantowi słów kilka ode mnie.

Do przeprowadzek przyzwyczaić się nie można. Zaskakujące, prawda? Człowiek od wieków już prowadzi tryb osiadły, więc częste przemieszczanie się wcale nie leży w jego naturze. Słyszę często, że mam przeprowadzki już we krwi i nie robią one na mnie większego wrażenia. Robią. Nie jestem już co prawda emigracyjną świeżynką i wiem, co z czym się je, ale nadal mnie to obchodzi. Odnoszę wrażenie, że im dłużej nasza tułaczka trwa, tym mocniej przybierają te uczucia wszelkie na sile. Każda przeprowadzka, a właściwie podejście do niej, na pewno nieco się różni, bo też okoliczności są inne. Nie mogę jednak powiedzieć, że jest mi obojętna. Wybierając takie a nie inne życie, jestem w pełni świadoma, co mnie czeka. Wiem też, że ta przeprowadzka (a i nawet kolejna) nie jest moją ostatnią. Dzięki temu jest mi nieco łatwiej, ale zmiana miejsca otoczenia zawsze niesie ze sobą ten dreszczyk emocji.

Dla mnie przeprowadzka zaczyna się w chwili podjęcia o niej decyzji. Kiedy znamy już miejsce docelowe, możemy zacząć badać teren. Wujek Google wie i powie nam dzisiaj wszystko, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Łatwo więc poznać nie tylko informacje o warunkach atmosferycznych danego miejsca, kosztach i warunkach życia, ale również opinie innych mieszkańców. I wszystko trzeba wziąć na klatę, nawet jeśli nie wszystko nam się podoba. A wiadomo, że tyle jest opinii, ile ludzi. Im więcej się czyta, tym mniej się wie. Umysł emigranta w końcu jest nieco przeciążony i zdezorientowany. Ma zdecydowany przesyt. Lepiej więc ostatecznie skupić się na rzeczach ważnych – szkołach i szpitalach. Są? Są. Będziemy żyć i się edukować. Reszta jakoś sama przyjdzie. Wiadomo, że jedzenie jest wszędzie, gdzie jest człowiek. Ponoć cywilizacja kończy się tam, gdzie nie ma coca-coli. Tego w każdym razie wolę się trzymać.

Potem nadchodzi czas realnej przeprowadzki. Sortowanie rzeczy, przebieranie, wyrzucanie, pakowanie – w pewnym momencie zaczyna docierać, że to dzieje się naprawdę – znowu! I wtedy dopiero zaczyna się robić ciekawie. Emocje i uczucia przybierają na sile. Jest ekscytacja (co to będzie, co to będzie), radość (och, jak będzie fajnie!), strach (a jak nie?), smutek (ale nie będzie tego, co jest), znowu radość (no i dobrze!), obojętność (a niech jest, co ma być), złość (a dlaczego w ogóle będzie!). Walające się kartony, wiecznie ginąca taśma i mazak, a do tego bardzo aktywny roczniak, który przecież nie ma trybu spoczynku. Setki telefonów, maili, rozmów, spotkań. Tyle rzeczy jeszcze trzeba zrobić. O niczym nie zapomnieć. A przy tym wszystkim trzeba zachować spokój grabarza, bo ma się dzieci, które są idealnym odbiornikiem wszelkich stanów ducha. Momentami czuję, jak mi para bucha z uszu, ale nie mam czasu się jej przyglądać, więc gnam dalej jak parowóz. Ale tak w głębi duszy lubię ten stan. I jest mi z nim całkiem po drodze. Dzięki temu moje życie na pewno nie można nazwać nudnym.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s