Polka

Przyjaźń niejedno ma imię czyli o emigracyjnych związkach

Dzisiejszy post powstał w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie, do którego od niedawna mam przyjemność należeć. Polki, blogerki z różnych stron świata piszą o różnych aspektach przyjaźni emigracyjnej. Dzisiaj mój punkt widzenia i moje doświadczenia.

Moja mama zawsze mi mówiła, że dwie przeprowadzki są jak jeden pożar. Jakby nie liczyć, mam więc za sobą kilka pożarów, w tym dwa globalne, a szykuje się trzeci. Wiadomo, że podczas takiego pożaru traci się sporo, ale rzeczy materialne pozostają tylko rzeczami materialnymi. Nie ma tego złego. Człowiek pozbywa się części balastu, który się gromadzi, wietrzy swój magazyn. Ja to się czasami cieszę, że tyle się przeprowadzamy, bo przynajmniej można zrobić gruntowny porządek. Przy okazji dociera do mnie, jak bardzo obrastamy w rzeczy materialne, a przecież niczego ze sobą do trumny nie zabierzemy. Bo gdyby tak było, każdy z nas musiałby piramidę sobie postawić, a nie skromną miejscówkę na cmentarzu. Do rzeczy – jest jednak coś, czego pożar nie strawi, a jednocześnie czego w karton włożyć się nie da. Znajomości i przyjaźnie. Dzisiaj o tych związkach nieco szerzej.

Nie jestem typem, który łatwo otwiera się na nowe znajomości i do siebie dopuszcza nowe osoby. Potrzebuję zjeść przysłowiową beczkę soli, zanim nazwę kogoś przyjacielem. Tak było, jest i zawsze dla będzie. W moim przypadku przyjaźń można trochę porównać prawie do miłości. Albo jest prawdziwa, albo nie ma jej wcale. Nie można być przyjacielem trochę, tak jak nie można kochać trochę. Przyjacielem się nie bywa, przyjacielem się jest. Oczywiście miłość to trochę inna płaszczyzna, ale jednak zasady jakby te same. Obie są jak ogród – pielęgnujesz, pięknie kwitnie, możesz zbierać owoce, a jak zapominasz, zdycha, usycha i g…z tego masz. I jak to wszystko ma się do emigracji? Czy da się na takim gruncie coś zasadzić?

Zawsze powtarzam, że gdziekolwiek nie jestem, mam wyjątkowe szczęście do ludzi. I nie, że szukam kogoś, poluję z lornetką i dzidą. Nie proszę, nie szukam, a one się jakby same nawijają… Co pomaga? W moim przypadku posiadanie dzieci, bo wokół tego wszystko się kręci. W Anglii miałam dwie bliskie osoby. Jedną z nich poznałam na placu zabaw, prawie zaraz po przyjeździe. W jej przypadku mogę mówić jak Ania z Zielonego Wzgórza o pokrewieństwie dusz. Wspaniała, cudowna i wrażliwa jest ta dusza. A do tego dusza słowiańska, choć niepolska. To taka osoba, której można nie widzieć przez kilka lat, a wystarczy jedna rozmowa i odnosi się wrażenie, że rozstało się z nią przed chwilą. I choć nie mówi po polsku, wiem, że teraz czyta ten tekst (Am I right Andrea?). Dzięki drugiej – przebojowej i zaradnej, a jednocześnie ciepłej i bardzo rodzinnej blondynce, udało mi się nie zginąć w Londynie. Podtrzymywała mnie na duchu, kiedy tego potrzebowałam i prowadziła za rękę przez gąszcz emigracyjnego życia niczym dziecko we mgle. I za to Ci, kochana Magdo, dzisiaj dziękuję. We Włoszech najbliższa mi była Asia – poznana na przystanku autobusowym. Też łącznikiem były nasze dzieci, które chodziły do tej samej szkoły i jak się później okazało również klasy. Trzy i pół roku wspaniałego związku opartego na hektolitrach wypitej kawy (której nauczyła mnie pić), setkach przeklachanych (bo dziewczyna ze Śląska) godzin i dziesiątkach kilometrów przechodzonych na spacerach. Wyjeżdżając z Włoch, solennie obiecywałam sobie, że nie będę się pakować w żadne durne przyjaźnie. Potem moje serce cierpi, bom głupia, że się przywiązuję tak mocno. No i wręcz jak narkoman na głodzie wpadłam w sidła kolejnego związku. Pierwszego dnia szkoły, a czwartego naszego pobytu w Tajlandii, w sklepiku szkolnym usłyszałam język polski! Z automatu się odwróciłam, bo wierzyć mi się nie chciało. Krótka rozmowa, wymiana telefonów. A potem już poszło. Niemalże wspólnie przeszłyśmy moją ciążę, potem poród i pierwszy rok życia Juniora. Kasi się nie da nie kochać. Do serca przytuli, napoi, nakarmi zupą ogórkową albo bigosem. Jej dom jest jak ostatnia ostoja polskości na obczyźnie. A do tego można na nią liczyć w każdej sytuacji. Dzięki niej poznałam sporą grupę wspaniałych Polek, które trzymają się razem. Kasia poznała mnie również z Beatą. Na początku wykręcałam się sianem przed spotkaniem z nią, bo przy trójce dzieci ciężko znaleźć czas na kolejne znajomości, ale stwierdziłam, że przecież nic nie tracę. I nie żałuję, bo z Beatą można konie kraść. Ciepła, pozytywna, ale jednocześnie twardo stąpająca po ziemi babka, która i mnie potrafi przywrócić do pionu, kiedy trzeba. Pod względem znajomości Bangkok jakoś szczególnie jest dla mnie łaskawy. Bo grono moich znajomych nie kończy się na grupie polskiej. Są jeszcze jednostki międzynarodowe. Jedną z nich jest moja sąsiadka, Kirgizka. Nasza znajomość rozkręcała się głównie na łódce, którą dopływałyśmy codziennie do szkoły. Takiej drugiej osoby jak Aida nie ma. To element nie do podrobienia. Wyznaje swój kodeks postępowania. Wie, czego chce i wie, jak to osiągnąć. A przy tym dobra i bardzo pozytywna. Nie znam osoby, która jej nie lubi.

Pisząc o przyjaźni, nie mogłabym wspomnieć o jeszcze jednej osobie. O kimś, kto nie tylko jest moim przyjacielem, ale jednocześnie członkiem rodziny – siostrą. Zawsze jest. Jak nikt potrafi ocucić i jak nikt potrafi wspierać. I choć codziennie dzielą nas tysiące kilometrów, to i tak jesteśmy blisko. A, żeby nie było tak…cukierkowo, to dodam, że to wcale nie taki idealny związek. Ciągle pamiętam jeszcze posmak (jeśli tak można powiedzieć) żółtych groszków w moim nosie, które zostały przez nią wepchnięte…

Te wszystkie osoby są mi szczególnie bliskie. Wierzę, że pojawiły się w moim życiu nie na chwilę, ale na dłużej i nie przez przypadek, a w jakimś celu. Każda z osobna wnosi do mojego życia jakąś znaczącą cząstkę siebie. Każda z nich nosi swoją historię życia. Każda z nich jest inna, a jednocześnie jak o nich myślę, to znajduję sporo cech wspólnych. Kobiety wspaniałe, ciepłe, optymistyczne, które są cudownymi matkami. I właśnie dzięki tym przyjaźniom i innym związkom emigracyjnym, mam poczucie, że moje kolejne przeprowadzki jednak coś do życia wnoszą, (prócz umiejętności pakowania się). Nie niszczą niczym pożary, nie palą mostów, ale je budują. Wielowymiarowo i wielokulturowo. Mam świadomość, że część z tych związków z czasem straci blask i nie będzie taka intensywna, ale na zawsze jakąś część serca będzie już zajmować.

Czy przyjaźń na emigracji jest w ogóle możliwa? Głęboko wierzę, że tak. Będąc daleko od domu, szukamy drugiej osoby, z którą można się podzielić swoimi radościami i smutkami. Która będzie namiastką naszej rodziny, bo ta jest daleko. Która jak nikt inny zrozumie dole i niedole emigracji, bo sama jej doświadcza. W moim przypadku dochodzi trudność utrzymania tych związków, bo związek na odległość z założenia łatwy nie jest. Nie ma się co oszukiwać. Wymaga to wielu zabiegów pielęgnacyjnych, by był on nadal trwały. Na szczęście XXI wiek bardzo nam te zabiegi ułatwia. I to przede wszystkim od nas samych zależy, czy ten ogródek uschnie i kwiatki włożymy jako element dekoracyjny do książki czy nadal po latach będziemy zbierać z niego owoce.

P1030628

IMG_20160330_134949

IMG_20160521_122116

IMG_8912.jpg

Advertisements

5 thoughts on “Przyjaźń niejedno ma imię czyli o emigracyjnych związkach

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s