Emigrantka · Włochy

Wiosna we włoskim ogrodzie

Zawsze piszę o Tajlandii – no, raz pisałam o Anglii. A o Włoszech nic. Dlaczego? Nie wiem, niewiele mam na swoje usprawiedliwienie. Chociaż zauważyłam, że trudniej pisze się o rzeczach bliższych sercu.

Pierwsze marzenia o mieszkaniu we Włoszech dopadły mnie jeszcze, kiedy mieszkałam w Polsce. Mąż coś przebąkiwał, że uda mu się wskoczyć na miejsce kolegi, który chce wrócić do Polski szukać żony (tak, psze Państwa, XXI wiek mamy, jakby co). Oczyma wyobraźni już tam jechałam. No, ale życie życiem – plan spalił na panewce, bo nie dało się obejść przepisów i marzenia trzeba było odłożyć do szufladki na później. Potem wyemigrowaliśmy do Anglii i pewnego dla szufladka z marzeniami się wysypała. Najpierw mąż przechodził kolejne etapy rekrutacji, potem dostał ofertę pracy, którą zdecydowaliśmy się zaakceptować, no a potem już tylko pakowanie, przeprowadzka i siup! W sumie z uśmiechem na ustach wyjeżdżałam z Londynu. Było miło, ale Włochy to brzmi pięknie! No i ta pogoda.

No i bam! Na samo dzień dobry lało przez dwa tygodnie. Ale nie że deszczyk siąpi po angielsku. Nic z tych rzeczy. Lało od rana do wieczora i od wieczora do rana. Dwa tygodnie deszczu. A żeby było śmieszniej moje kalosze zostały w Anglii, no bo po co komu kalosze we Włoszech. Potem się dowiedziałam, że Lombardia jest najbardziej deszczowym regionem we Włoszech i deszcz jest tu dość częsty. Nic to. Tak źle nie było. W ogóle jeśli chodzi o pogodę, to nie można było narzekać. W marcu już zaczynało robić się ciepło. Nie wiem, czy my po tym pobycie w Anglii byliśmy jacyś spragnieni słońca, ale pamiętam taki obrazek, że pojechaliśmy do pobliskiego miasteczka podczas obchodów karnawału. Włosi wtedy wychodzą na ulice, organizowane są pochody, wszyscy się cieszą, śpiewają i tańczą. No cud, miód i malinki. Ale ja o tej pogodzie. I my staliśmy jak te ufoludki w krótkich rękawach, ja nawet miałam sandały na nogach (w marcu!), a reszta opatulona w kurtki puchowe. W kwietniu tamtego roku moczyliśmy już nasze zadki w jeziorze, które już w kolejnych latach takie ciepłe mi się nie wydawało, ale wtedy to jak Hawaje! Wiosna dość szybko przynosiła spragnione słońce i tym samym budzącą się do życia przyrodę. Mniej więcej w porównaniu do Polski była różnica miesiąca w tych wszystkich cudach natury. Bywało, że u nas chodziliśmy już w marcu w przejściówkach, a tu Wielkanoc w Polsce i śniegu pełno. Lato było bardzo przyjemne i ciepłe. Nie takie ciepłe jak tu w Tajlandii, ale było bardzo przyjemnie. I tak ta błogość trwała czasami do końca października z dość wysokimi temperaturami. Potem znowu słoty, kalosze i kałuże. Grudzień i styczeń bywał mroźny i czasami sypnęło śniegiem, a przynajmniej raz w roku sypnęło mocniej – tak na jednego bałwana.

Po dwóch miesiącach w mieszkaniu tymczasowym udało nam się wynająć mieszkanie na stałe – mieszkaliśmy tam już do końca naszego pobytu. Nasz różowy domek miał wszystko, czego pragnęła moja dusza – dużo przestrzeni, wspaniałych sąsiadów (właścicieli naszego mieszkania), stary dąb przed domem z jednej strony i duży ogród za domem z drugiej. Rano budziło nas pianie koguta i meczenie owiec (meczenie czy beczenie do diaska?) – żyć nie umierać. Żywot człowieka poczciwego. A ja wymyśliłam sobie, że zagospodaruję ten kawałek zieleni i zrobię tam warzywniak. Tak – ja! Człowiek, który nienawidził w ziemi grzebać. Jednak wizja czerwonych pomidorów pachnących słońcem jakoś mnie przekonała. Nie powiem – narobiłam się w tym ogrodzie jak głupia. Bo z trawnika zrobić warzywniak to wcale nie jest prosta sprawa. Moja mam instruowała mnie przez skype’a, co, jak rośnie i studziła moją irytację, kiedy marchewka nie chciała rosnąć. A mój sąsiad służył pomocą w postaci grabi, szpadla i naturalnego owczego nawozu. Pierwszy rok to można powiedzieć, że był taki se, bo nie miałam pojęcia, że to jakaś wyższa filozofia jest, ale po trzech latach bawienia się w ogrodnika byłam w końcu z siebie zadowolona. Ba! Na tyle w siebie uwierzyłam, że wymyśliłam sobie, że w moim ogrodzie będą rosły brokuły (bo o tym, że rosły u mnie też arbuzy i melony oczywiście przez skromność nie wspomnę). Nasiona kupiłam, skopałam kawałek ziemi, wysiałam, podlałam, pokochałam. Serce me rosło na widok kiełkujących, potem wznoszących się ku niebu roślinkom. Aż tu pewnego dnia siedzę w sypialni z oknem wychodzącym na ogród właśnie. Siedzę i oczom nie wierzę! Bo otóż w moim zagonku z brokułami stoi sobie w najlepsze owca i zżera moje brokuły. Z prędkością błyskawicy wyskoczyłam z domu i zaczęłam wołać sąsiada, jakby się paliło. Ale było za późno. Zjadło to zwierzę wstrętne moje roślinki i tym samym marzenia o własnych brokułach. Sąsiad potem na przeprosiny przyniósł swoją kapustę, ale kapusta choć zielona to w niczym brokuła nie przypomina.

pomidory

IMG_3722

IMG_3775.jpg

roslinki

IMG_2486

IMG_3661

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s