matka

Dzień z życia matki emigrantki w Bangkoku

O matko! O matko Polko! O matko Polko emigrantko! Jak Ty sobie radzisz sama? Trójka dzieci, obcy kraj, przeprowadzki. No jak? A tak:

Budzik dzwoni o 5.30. Celowo kładę telefon daleko od łóżka, bo wiem, że mogę mechanicznie wyłączyć budzik, włączyć drzemkę lub udawać, że dzisiaj sobota, a wtedy przegrywam. Półprzytomna zwlekam się z łóżka. Zazwyczaj śpi z nami dodatkowy pasażer, więc delikatnie, na paluszkach staram się wyjść z sypialni, przeklinając w duchu wszystkie skrzypiące deski w podłodze. Jak się uda – mam dla siebie od dwóch do pięciu minut na prysznic. A jak nie, jedną kończyną się myję, drugą przetrzymuję zasłonę prysznicową, trzecią próbuję się utrzymać na śliskiej zamydlonej powierzchni, a czwartą przytrzymuję klapę od toalety, żeby Junior nie robił tam swojej porannej toalety. Szpachluję twarz i wkładam maskę wyspanej kobiety. Bogu dzięki żyjemy w XXI wieku i mamy makijaż, który jest w stanie zdziałać cuda. Budzę dzieci – jest 5.45. Pierworodny daje radę po kilku szturchnięciach, ale nasza Księżniczka potrzebuje trochę więcej czasu. Idę do kuchni – przygotowuję śniadanie. (Junior biegnie za mną). Leci do szafek i w zależności, na co ma ochotę: wywleka garnki, ścierki, kable, worki, śmieci, próbuje ściągać z szafek wszystko, co jest w zasięgu jego macek lub znajduje sobie inną – mniej lub bardziej brudzącą robotę. Śniadanie ląduje na stole, a dzieci przy nim. Potem czesanie Królewny – fryzura zależna od humoru jej królewskiej mości. Karmię, przewijam i przebieram – Junior jest gotowy do wyjścia. Starszyzna kończy śniadanie, leci myć zęby i czeka w korytarzu, a ja wrzucam na ruszt jakiś owoc, (bo na śniadanie nigdy nie ma czasu o tej porze), dopakowuję swoją torbę, wydając ostanie polecenia mężowi co do jego śniadania i lecimy 20 pięter w dół. Po drodze mijamy strażników, kończących zmianę nocną i zaczynających zmianę dzienną. Jest 6.30.

Kupujemy bilety – pani sprzedająca je zna już naszą gromadkę, więc z daleka wyciąga dwa na łódkę z żółtą flagą. Płacimy 38 bahtów (czyli mniej więcej w przeliczeniu 3,80 zł). Dzieci zniżki nie mają, ale te młodsze nie płacą wcale. Pakujemy się na łódkę.  Dzieci wchodzą do środka, my z Juniorem czekamy przy schodkach – wózkiem się nie wpakuję w żadne inne miejsce. Czas na złapanie oddechu. Junior kokietuje Tajki. Tajowie lubią dzieci. I to zazwyczaj wszyscy – starsi i młodsi, mężczyźni i kobiety. Często się uśmiechają, dotykają, robią zdjęcia. Z jednej strony to miłe, z drugiej męczące, jeśli trzeba odgrywać rolę żywej maskotki. Dopływamy – dochodzi 7. Wysiadamy i przechodzimy na przystań numer dwa, gdzie czekamy na drugą łódkę. Podróż trwa tylko pięć minut (po drodze mijamy wyjątkowo śmierdzący targ rybny, więc za każdym razem się nam zbiera na pawie) i prowadzi już pod samą prawie bramę szkoły. (O szkole osobny materiał już wkrótce, więc nie będę zanudzać teraz). Kolejna chwila na oddech, bo dzieci zaczynają lekcje o 7.30, a jest 7.15. Jest więc czas na układanie klocków, czytanie książek w kąciku czytelniczym lub zwyczajne pogaduchy. O 7.30 dzieci rozchodzą się do swoich klas, a my z Juniorem kierujemy się w stronę łódki. Najpierw jedna, potem druga. Zazwyczaj ta pierwsza nakłada się kursem na drugą, więc jak nie przycisnę, to muszę czekać 20 minut, a kto jak kto, ale ja czekać nie lubię. Więc lecę z wózkiem i wywalonym ozorem. Dopadam łódkę. Dochodzi 8. Junior ładuje akumulatory, a ja sprawdzam, co się dzieje w świecie bliższym i dalszym.

Jako że w lodówce zostały tylko kokosy (element egzotyczny), chrzan (polski! – element patriotyczny) i światło (element stały), wysiadamy po drodze, zahaczając o targ warzywny, który znajduje się zaraz przy kwiatowym (tu więcej). W zasadzie można tam dostać wszystko, czego dusza zapragnie – nawet buraki, bez których żyć mi ciężko. Gdzieś między nogami przelatują szczury i biegają karaluchy. Jakoś na mnie to już większego wrażenia nie robi. (Raz wróciłam do domu ze skorpionem. Potem zapakowałam go mężowi do pracy razem z owocami. Ale żeby było jasne – morderstwa nie planowałam, nawet nie wiedziałam, że mam towarzysza na gapę! Dostałabym zawału.) Wracam z miną zdobywcy – z ogórkami i koperkiem na kiszone, obładowana jak wielbłąd dwugarbny. Kolejna łódka – już załadowana turystami. Dochodzi godzina 9. Przed samym domem od znajomej już straganiarki kupuję banany -zupełnie inne niż te dostępne w Polsce – małe, króciutkie, słodsze w smaku, mniej mączne. Z jęzorem wywalonym do kolan wchodzę do windy. Jest ciepło. W tym momencie Junior zwyczajowo już kończy drzemkę.

Rozpakowuję zakupy. Lecę pod prysznic – zaskoczę – ciepły, bo zimny przynosi odwrotny skutek. Junior oczywiście towarzyszy, zabawa przednia – więc jest do przebrania. Zresztą i tak po domu biega w pieluchach wielorazowych, żeby nie odparzyć sobie tyłka w te upały. Wyciągamy pranie – ja wyciągam, Junior wkłada, wstawiamy kolejne – ja wkładam, Junior wyciąga, wieszamy – ja wieszam, Junior ściąga. Śniadanie – na szczęście moje dzieci lepiej ubierać niż żywić, więc nie muszę walczyć z niejadkami, dzięki czemu moje roczne dziecko obsługuje się dość sprawnie samo. Sprzątam z kuchennej podłogi gary, książki, klocki, samochody. Włączam youtube’a z muzyką dziecięcą, a sama w tym czasie zamawiam zakupy przez Internet. Część – bo nie wszystko się da i nie wszystko się opłaca. Czas na ogarnięcie poligonu. Tę część Junior traktuje bardzo serio i pomaga w każdej możliwej czynności, nie muszę wspominać, że trwa to dwa razy dłużej niż normalnie. To mieszkanie jest zdecydowanie za duże! – jestem mokra jak kura. Resztkami sił zagniatam ciasto na chleb. Znowu prysznic. Dochodzi 11. Idziemy na spacer, póki jeszcze da się oddychać. Wpadamy do parku. Niestety, ten nasz pobliski nie ma placu zabaw dla dzieci, więc jedynie biegamy boso po trawie. Na szczęście w tym wieku zabawki są zbędne wystarczą liście, trawa i kijki. Robi się niebezpiecznie ciepło, więc wracamy. Znowu prysznic, znowu przebieranie się. Czasami czuję się królowa, która w ciągu dnia musi zmieniać szaty dziesięć razy. Chwilę się bawimy, ale Junior ma już z lekka dość, więc idziemy się zdrzemnąć. Przedtem jeszcze wkładam chleb do piekarnika. Karmię jeszcze piersią, więc mały zasypia przy mnie. A że ma wbudowany czujnik ruchu, zmuszona jestem leżeć przy nim. Z racji uziemienia mam chwilę na czytanie, pisanie maili i wiadomości do znajomych i rodziny w Polsce – tam już ranek, chociaż dość często w tym momencie też odjeżdżam, bo upał wyjątkowo potrafi wykończyć.

W domu pachnie upieczonym chlebkiem. Jest po 14. Teraz czas przyspiesza – obiad, sprzątanie po nim (kto ma małe dziecko, ten rozumie, co to znaczy) i zabawa.  Junior wywleka wszystkie zabawki, pieluchy, koce i książki. Ale jest dobrze. To ten moment dnia, który jest tylko dla nas. O 16 zaczynam szykować podwieczorek dla młodzieży, która wraca jak głodna wataha. Ze szkoły odbiera ich niania – nie miałabym sumienia ciągnąć młodego zatłoczoną łódką w ten upał. Turyści niestety są jakby wyłączeni z myślenia, co nie pomaga, jak podróżujesz z małym dzieckiem.

I już do wieczora jest głośno. Młodzież musi się umyć, zjeść, chwilę odpocząć, a potem zabrać się za odrabianie lekcji – nie ma lekko. Po 17 idziemy się schłodzić do basenu – dobrze, że wystarczy zejść na dół. Mały się już powoli słania, więc czas wracać. W międzyczasie wraca pan domu. Junior aż piszczy z radości. Suszymy się po basenie. I siadamy do wspólnej kolacji. Jedyny moment dnia, kiedy jesteśmy wszyscy razem, więc każdy przedłuża na swój sposób. Junior ostentacyjnie kończy kolację, więc czas na kąpiel. Zasypia przed 19. Teraz jest jeszcze czas dla dwóch pozostałych sztuk, chociaż chciałoby się więcej, ale czas nie guma. Czytamy książki – najpierw ona po angielsku, bo to jej codzienna praca domowa, potem ja po polsku. Młoda odjeżdża o 19.30. Szykuję jeszcze ubrania na jutro. Wchodzę do Pierworodnego. Rozmawiamy chwilę. On się pakuje na jutro, szykuje czysty mundurek. Czyta jeszcze, ale po 20 gasi światło, bo zmęczenie i u niego daje się we znaki. Zbieram klocki w salonie. Ściągam pranie i dokładam do czekającej już wcześniej górki. Dziś nie mam już siły na prasowanie. Przypominam sobie, że w kuchni leżą jeszcze ogórki. Jak ich nie ukiszę, zrobią to same w woreczku. Wyciągam matę i pakuję się w strój sportowy. Teraz czas dla mnie – skaczę przez 40 minut, udając, że po trzech ciążach będę mieć ciało jak modelka. Nawet jak nie będę, muszę mieć czas, żeby odreagować. Wychowywanie dzieci to jest zwyczajna harówka. Milion razy dziennie człowiek ma ochotę wybuchnąć niczym Etna. Kończę ćwiczenia, a mąż kończy swoje obowiązki, które przyniósł ze sobą z pracy. Mamy chwilę dla siebie. Kolejny prysznic (ktoś liczy?). Zbieram jeszcze pranie. Teraz mam czas na Dr House’a – poudaję, że uczę się angielskiego. Dzień się kończy. Idę spać półprzytomna, a wiem, że Junior będzie się w nocy budzić.

Dlaczego o tym wszystkim napisałam? Bynajmniej nie dlatego, żeby ktoś mnie żałował czy podziwiał. Daję radę. Moje życie, mój wybór. Inni mają gorzej. Nie pracuję zawodowo, ale w zamian za to zajmuję się dziećmi i domem – to moja praca. Napisałam to wszystko, bo chciałam zwrócić uwagę, że życie matek na obczyźnie nie różni się aż tak bardzo od życia matek w Polsce. Jasne – wrzucamy na profile społecznościowe palmy (lub drinki z palemką, ale ze mnie marny kompan do picia, bo ja albo w ciąży, albo karmię), baseny, piaszczyste plaże czy wyjścia na masaż, ale to są wyjątki a nie codzienność. Co prawda otacza nas inna flora i fauna, inni ludzie, kultura i architektura, ale życie matki na obczyźnie nadal kręci się głównie wokół domu i dzieci, bo mimo zmian miejsca muszą czuć, że dom jest tam, gdzie jest ich rodzina.

IMG_20151026_065025
W drodze do szkoły.

IMG_20150116_141236

 

IMG_20150508_082323
Powrót do domu.
IMG_9071
Targowisko.

 

IMG_20150222_131142
Targowisko.

 

IMG_20151114_081520
Ciekawe, co na to powiedziałby polski Sanepid?
IMG_20160120_093525
Chlebek. 🙂
IMG_20160120_094330
Bananusie.
IMG_20141216_163011 (1)
Są i palmy, brakuje drinków.

 

 

Reklamy

9 myśli na temat “Dzień z życia matki emigrantki w Bangkoku

  1. Cześć 🙂 świetnie opisałaś Wasz dzień i bardzo podoba mi się konkluzja – w gruncie rzeczy nasze dni tak bardzo się nie różnią, czy to w Polsce, czy w Tajlandii czy w Kanadzie….. Pozdrawiam serdecznie !

    Polubienie

  2. Swietnie napisane! Czytałam jednym tchem.Doskonale Cię rozumiem, bo moja SIS ma trójkę dzieci, i jak czasem ją odwiedzam w Londynie, to nie wiem jak ona daje radę:):)

    Polubienie

  3. Dosłownie chciałam napisać „Welcome to my world”, tylko czasoprzestrzeń delikatnie się załamuje, kontynent nieco inny, kilka detali do wymiany, ale aż bym Cię chciała uściskać. Jesteś heroinką i najlepszym dowodem, że bycie matką na obczyźnie to bardzo refleksyjne zajęcie:)

    Polubienie

  4. Nie powinnam, ale usmialam sie czytajac tego posta 🙂 Moj Pan Malzonek podrozuje. Podrozuje po calym Bliskim Wschodzie, zahacza o Europe (wlasnie jest we Francji), i trafiaja mu sie egzotyczne wypady (Mauritius w ubieglym tygodniu)… Przed przyjazdem do Dubaju wiedzialam na co sie pisze, ale „postawilam jeden warunek” – weekendy bedzie spedzal w domu. Na szczescie jak to tej pory mu sie udaje, wiec nie narzekam. Ratuje mnie troche istnienie Duzej, bo mam przynajmniej pol dorosla osobe do pogadania w codziennym szalenstwie, jej chlopaka, ktory sie u nas prawie zadomowil i roznorodne sasiadki.
    Zaczelam sie pod wplywem Twojego posta zastanawiac jak to bylo w czasach jak pracowalam zawodowo i musze dodac, ze na moje i mojego otoczenia nieszczescie jestem pracoholikiem… Przypomnialo mi sie, ze to bylo w innym kraju i ze moj Pan Malzonek nie wyjezdzal sluzbowo, zawozil i przywozil dzieci z instytucji edukacyjnych, sprzatal, pral i gotowal… Czyli byl typowa Matka Polka… A ja? Siedzialam z nosem w laptopie do poznego wieczora, robiac analizy finansowe dla korporacji i bylam obecna cialem… Wtedy to ja mialam kategoryczny zakaz otwierania firmowego laptopa w weekendy…

    Polubienie

      1. Trafilo nam sie jak slepej kurze ziarno, albo bardziej powaznie – maz dostal pakiet ekspatriacyjny, wiec okazalo sie, ze „nie musze”. Jednak nie zakladamy, ze bedzie to na zawsze – mnie czasami swedzi, zeby pojsc do pracy, a niedlugo: za rok, czy dwa bedzie akurat dla mnie zatrzesienie ofert – Dubai wprowadzi VAT i juz zaczyna sie panika, czy wystarczy im ksiegowych z VAT-owskim doswiadczeniem. Ja zacieram raczki i przyzwyczajam rodzine do mysli, ze moze „przestrukturyzujemy” nieco nasze zycie…

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s