Emigrantka · Tajlandia

Gorące miasto Ayutthaya

Zabieram Was dzisiaj do dawnej stolicy Królestwa Syjamu (bo tak do 1949 roku nazywała się Tajlandia) – do miasta Phra Nakhon Si Ayutthaya czyli w skrócie Ayutthaya. Nazwę wypowiada się akcentując drugą sylabę czyli aJUtaja. Oddalona od Bangkoku o jakieś 90 km na północ. Okalana jest zewsząd rzekami i czasami określana przez to jako miasto – wyspa. Stare, historyczne miasto usytuowane jest wewnątrz. Wygląda to tak:

Untitled
Ayutthaha. Google maps.

Ayutthaya – krótka historia

Najpierw bardzo krótka lekcja historii. Miasto powstało w 1351 i dość szybko stało się znaczącym ośrodkiem handlowym. Do miasta docierali handlarze z całej Azji, ale również z Europy i Bliskiego Wschodu. Pod koniec XVII w. zamieszkiwali tam kupcy wielu narodowości (mówi się nawet o ponad 40!), a mieszkało w niej ponad milion ludzi – dla porównania Londyn miał o połowę mniej. Handlowano tam ryżem, skórami, przyprawami. Ayutthaya była centrum globalnej dyplomacji i handlu. Niestety, w 1767 wojska birmańskie zrównały miasto z ziemią i już nigdy nie podniosło się ono z tego upadku. W 1991 ruiny miasta zostały wpisane na listę dziedzictwa narodowego UNESCO.

Gotowi na wycieczkę? Podróż trwa około półtorej godziny. Już na samo dzień dobry wiem, że wyjechaliśmy za późno. Dochodzi godzina 10, a jest patelnia, ale ponoć to standard dla tego miejsca. Plan to 9 świątyń. Ponoć taka ilość zaliczonych świątyń jest gwarancją pomyślności przez cały rok. Dlaczego? Tajskie słowa เก้า (gao – dziewięć) i ก้าว (gao -progres) są homofonami (tak jak polski zamek, który może być zarówno budowlą jak i suwakiem). Znaczy to, że są wymawiane niemalże identycznie. Polecam sprawdzić sobie tutaj. Należy wpisać oba słówka i nacisnąć ikonkę głośnika. Brzmi podobnie prawda? Różni je tylko tonacja. W każdym razie Tajowie uważają, że to nie może być zbieg okoliczności i zapewne jedno z drugim ma jakiś związek. I tak odwiedzając dziewięć świątyń (zazwyczaj w styczniu), można liczyć na wszelkie łaski przez cały rok. Każda świątynia ma z góry określony zakres szczęścia, więc wiadomo, czego można się spodziewać. O jakich łaskach mowa? Zwycięstwo nad wrogiem, bycie kochanym, pomyślność w biznesie (tu różne możliwości zależnie od świątyni), sukcesy w pracy, dobre zdrowie, uwielbienie, nietykalność przed wrogiem, dobrobyt. Brzmi nieźle, prawda?

 Wat Maha That

Nasze zwiedzanie zaczynamy od Wat Maha That. Rozległe ruiny robią wrażenie. Powoli dociera, jak ogromne musiało być to miasto wieki temu. Szukamy słynnej głowy Buddy oplecionej korzeniami figowca. Kiedy tłum chińskich turystów (nazwałabym ich czasami chińskim przekleństwem) w końcu się rozprasza, jest! I tu wielkie moje zaskoczenie, bo jest dużo mniejsza niż można oczekiwać. Aby zrobić sobie zdjęcie na jej tle, należy przykucnąć – okazując w ten sposób szacunek Buddzie. Dość duże wrażenie robi też ilość posągów Buddy. Większość z nich pozbawiona jest głów, rąk. Uciekamy z prażącego słońca. Na odchodnym gasimy pragnienie zimnymi kokosami.

IMG_9191 (1)

IMG_9194 (1)

IMG_9199 (1)

IMG_9206

IMG_9211 (1)

IMG_9217

IMG_9219

IMG_9199 (1)

IMG_9213 (1).jpg

Wat Ratchaburana

Upał nie odpuszcza. My też nie. Kolej na Wat Ratchaburana. Świątynia ta została wybudowana w 1422 r dla uczczenia bratobójczej walki o prawo do tronu. Dość znany jest też fakt, iż stosunkowo niedawno, bo w 1957 roku odkryto tam spore ilości złota. Sklepienia wewnątrz świątyń pokryte są w części malowidłami, które przedstawiają sceny z życia Buddy. Jest jedno ale – żeby je zobaczyć, należy się wspiąć po bardzo stromych schodach. Dość ciekawe doświadczenie w prawie 40 stopniowym upale. Pot leje się po plecach i nie tylko. Ciekawość zwycięża. Wewnątrz dość ponuro i… śmierdząco. Co zobaczyliśmy, to nasze. Podziwiamy jeszcze panoramę z góry. Obchodzimy świątynię dokoła. W dużej mierze Wat Ratchaburana to plac wykopaliskowy – rusztowania, kręcący się pracownicy.

IMG_9232

IMG_9246

IMG_20160215_105441

IMG_9256

IMG_9260

IMG_9249IMG_9258

IMG_9262

IMG_9266

IMG_9261

Wat Phra Si Sanphet

Kolejny przystanek na prażącej patelni to Wat Phra Si Sanphet. Aby dojść na miejsce, musimy się przedrzeć przez lokalny targ. Jak zawsze jest to dość ciekawe doświadczenie dla oka i nosa! (No dobra – przyznaję się, że jestem uzależniona od marketów, ale one są takie ciekawe!) Kupujemy suszone ryby i smakołyk, z którego jest znana Ayutthaya – roti sai mai. Są to kolorowe naleśniki, w które zawija się włosy z waty cukrowej. Jakkolwiek słodko to brzmi – pyszne! Ciekawy jest też sposób smażenia ich. Gumowate ciasto nakłada się dłonią na rozgrzaną blaszkę. Chwilę czeka, aż się zetnie ciasto i już! Roti sai mai są bardzo cieniutkie. Są sprzedawane po 10 sztuk i do tego woreczek waty. Zawija się samemu. Pycha!

IMG_9272

IMG_9273

IMG_9268

IMG_9270 (1)

IMG_9271 (1)

Tu krótki filmik, jak się robi te słodkie cuda. https://goo.gl/photos/ykAZ4qTYeiNm9tH9A

Po spożyciu słodkich naleśników dochodzimy w końcu do Wat Phra Si Sanphet. Czedi, które się tam wznoszą, to wizytówka Ayutthaya. Zespół budowli znajduje się na dawnym terenie Pałacu Królewskiego. Uważa się, że chedi kryją w sobie prochy trzech władców i relikwie Buddy, dlatego to dość ważne miejsce. Co więcej wewnątrz wihary znajdował się ogromny posąg Buddy, który dostał nazwę  Phra Si Sanphet i pokryty został 200 kilogramami złota! Zostało ono oczywiście skradzione podczas zniszczenia miasta.

IMG_20160215_113824

IMG_20160215_113957

IMG_20160215_114620

IMG_9278

IMG_9279

IMG_9281

Vihara Phra Mongkhon Bophit

Zaraz potem kierujemy się w stronę świątyni, która znajduje się nie niedaleko Vihara Phra Mongkhon Bophit. Ma bardziej współczesny wygląd. Przed wejściem do każdej świątyni należy ściągnąć buty – bez obawy, nikt nie buchnie. Ważne jest, żeby nie stawać na dość wysokim progu przy wejściu – Tajowie wierzą, że w tym miejscu żyją duchy świątyni (o świątyniach i zasadach dotyczących zachowania się w niej jeszcze napiszę).  Ogromny 17-metrowy Budda robi wrażenie, ale sprawia wrażenie jakby plastikowego, choć wykonany z brązu, ale oczywiście złocony.Wewnątrz znajduje się sporo ludzi. Jest świetna okazja, by poznać nieco zwyczaje buddyjskie. Jakiś mężczyzna podrzuca kubkiem z patyczkami. Przyglądamy się z zaciekawieniem. Okazuje się, że każdy patyczek ma określony numer. Ten, który przy podrzucaniu wypadnie z kubka, oznacza szczęśliwy numer dla tego człowieka. Następnie należy kupić specjalną karteczkę ze złotem, by przykleić ją do posągów znajdujących się niedaleko. W ten sposób możemy zaskarbić sobie łaski u Buddy.

 

IMG_9284

IMG_9312

IMG_9285

IMG_9286

IMG_9291

IMG_9292

IMG_9296

IMG_9297

Wat Phanan Choeng Worawihan

Po sycącym obiadku, nieco schłodzeni, jedziemy do Wat Phanan Choeng Worawihan. To również współczesna budowla, bardzo oblegana. Po zostawieniu butów wchodzimy do środka. Mamy tam przegląd wszystkich zwyczajów buddyjskich. Kwiaty, dary, karteczki ze złotem. Jednak przed sam posąg Buddy ciężko się dostać. Odpuszczam.

IMG_9318

IMG_9315

IMG_9314

IMG_9317

Wat Phanan Choeng Worawihan to nasz ostatni przystanek. Nie udaje się nam odwiedzić dziewięciu świątyń, chociaż przyznaję, że i po tym, co widziałam, jestem wystarczająco szczęśliwa, że przeżyłam. Czuję się trochę pokonana przez upał, ale są z nami dzieci, więc nie ma co zgrywać bohaterów. Niemniej, cieszę się, że miałam okazję poznać dawną stolicę Tajlandii, a przy okazji obrzędowość buddystów. Chociaż niektóre zwyczaje mogą wydawać nam się śmieszne, każdy ma prawo do swojej wiary. Nie wiadomo, jak nasza religia wygląda z tego drugiego punktu siedzenia. A swoją drogą, może droga do szczęścia jest bardzo prosta, tylko my jej nie widzimy tak jak Tajowie?

Reklamy

One thought on “Gorące miasto Ayutthaya

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s