matka · Tajlandia

Rodzić po tajsku – część 2.

Po długich miesiącach oczekiwania w tajskim słońcu i gorączce. Po wysłuchiwaniu każdego dnia, że tajskie kobiety w ciąży tak nie pędzą jak ja, tylko siedzą w domu. W końcu, po zjedzeniu najpyszniejszego obiadu, czyli śledzia w śmietanie z ziemniaczkami i obejrzeniu odcinka The walking dead, byłam gotowa przekonać się na własnej skórze, jak wygląda poród po tajsku.

Do porodu jechaliśmy taksówką. Odważny pan taksówkarz wiedział, że wiezie nas do szpitala i wiedział w jakim celu. Problem w tym, że nie wiedział, iż odchodzą mi wody. Mój mąż, żeby odwrócić moją uwagę od bólu,  rozśmieszał mnie. A im bardziej mnie rozśmieszał, tym bardziej odchodziły mi wody. Taksówkarz raz po raz spoglądał w lusterko, patrząc na nas śmiejących się do rozpuku. Na moje nieszczęście trafiliśmy na godzinę szczytu – chociaż ciężko na nią nie trafić w Bangkoku, i podróż do szpitala, która normalnie trwa pół godziny, zajęła godzinę. Udało nam się dojechać (dopłynąć) szczęśliwie na miejsce ku uciesze naszej i taksówkarza, nie zalewając przy tym taksówki.

Formalności przyjęcia trwały dość krótko. Z tego wszystkiego pamiętam przede wszystkim  służbistę księgowego, który czegoś ode mnie pragnął dwa razy. I dwa razy na skurczu. Miał chłop wyczucie. W końcu trafiliśmy na porodówkę i tam wielkie zdziwienie… Położna nie miała pojęcia o ustaleniach między mną a lekarką, a ta skończyła dyżur i miała dopiero dojechać. Trochę potrzeba było czasu, żeby wszystko dla wszystkich stało się jasne. Byliśmy więc jak para kosmitów, która przyjechała urodzić swoje kosmiciątko. W tajskich szpitalach raczej nie dyskutuje się z lekarzami. Jest, jak mówią. Nikt nie kwestionuje ich zdania, nie zadaje pytań. A tu my! – z własną piłką do skakania, z wymaganiami, żeby przykręcić klimatyzację, liczący skurcze i odległość między nimi, a do tego oddychający przeponą czy czymś tam, czy należy oddychać. Lekarz, który przychodził mnie doglądać, był nami żywo zainteresowany. W końcu udało się dotrzeć i mojej pani doktor na czas – w sumie na ostatnią chwilę. I… i do dziś na samą myśl o tamtym momencie się śmieję. Kiedy nadszedł czas porodu, lekarka i położna (ubrane jak na rzeźnię od stóp do głów), żeby mnie zmobilizować, udawały, że rodzą ze mną. Dźwięk, który z siebie wydawały, był tak denerwujący, że nie umiałam się skupić. Nigdy nie oglądałam azjatyckich filmów porno, ale przypuszczam, że mniej więcej to takie same efekty dźwiękowe.

Po porodzie zostałam przewieziona na salę poporodową. A nasze dziecko zostało zabrane na badania. Normalnie zostałoby na cały czas pobytu w szpitalu w sali dla noworodków. Nikt nawet specjalnie nie przeszkadzałby mi w dochodzeniu do siebie po porodzie. Nawet jeśli dziecko byłoby głodne – obok łóżeczka czekała już butelka ze sztucznym mlekiem, a na każde kwilenie przybiegałaby pielęgniarka. Było więc znowu wielkie zdziwienie personelu, że chcę mieć dziecko przy sobie bez przerwy. Na mnie zaś czekał przydział leków – antybiotyk, środki przeciwbólowe i witaminy. Okazało się, że antybiotyk dostają po porodzie wszystkie położnice. Ot, tak na wszelki wypadek. Środki przeciwbólowe też, choć nikt nie pytał, czy boli. I znowu musiałam się tłumaczyć, bo wzięłam tylko witaminy.

W końcu moje maleństwo zostało mi przywiezione do pokoju – w grubej kanarkowej czapie! Takiej na srogie mrozy. Jak później się okazało, pediatra był bardzo niezadowolony, bo koniecznie chciał wykąpać nasze dziecko, a mąż się nie zgodził. Pytał o to za każdym razem, jak wchodził do mojego pokoju. Zupełnie tak, jakby w łonie matki dziecko było narażone na epidemię. Tak różne podejście od tego, które praktykuje się w Europie.

Jednak muszę przyznać, że opieka poporodowa w szpitalu była wspaniała, a cały personel naprawdę miły. Chociaż przez nasz pokój przewijał się tabun ludzi. Od 5 rano pielęgniarka ganiała z termometrem – raz dla mnie, raz dla dziecka. Potem pediatra, pani ze śniadaniem, pani po tacę po śniadaniu, pani skądś tam z zapytaniem, czy smakowało, ksiądz (!), znowu pielęgniarka, lekarz – i tak cały dzień na okrągło. Ciągle ktoś wchodził lub wychodził, czegoś potrzebował lub coś oferował. Jak na hali przylotów. Biegali, skakali i obchodzili się ze mną jak ze zgnitym jajem. Problem w tym -dla nich, rzecz jasna, że czułam się wyjątkowo dobrze i funkcjonowałam zupełnie normalnie. I oczywistym wydawało mi się, że biorę udział przy wszystkich możliwych zabiegach pielęgnacyjnych czy medycznych przy moim dziecku. Co już nie było takie oczywiste dla personelu. Pielęgniarka później mi mówiła, że Tajki leżą i nie ruszają się z łóżka. Wiadomo, że każda kobieta czuje się inaczej po porodzie. Nie ma co robić z siebie bohaterki. Ja też po pierwszym porodzie czułam się słabo, ale najważniejszy jest w tym wszystkim zdrowy rozsądek. A oni oczekiwali, że za każdym razem, kiedy będę chciała skorzystać z toalety, muszę zadzwonić po asystę – i tu naprawdę bez przesady – będę w towarzystwie załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne, pozwalając się rozebrać, umyć i ubrać.

Sam poród, opiekę w szpitalu – przed porodem, podczas niego i po – wspominam bardzo dobrze. Przyjazny, uśmiechnięty personel. Czysto. Pyszne,wegetariańskie jedzenie. Może mieliśmy różne oczekiwania. Może zetknęły się przy tej okazji dwa różne światy. Dla mnie smutne trochę jest, że tak bardzo ingeruje się w tak intymne i naturalne chwile – dla rodziny, dla pary, w końcu dla kobiety – jak poród. Kobiety rodzą od tysięcy lat. Na całym świecie. Tylko nie trzeba im przeszkadzać. Jakoś to wszystko działało przez te wszystkie lata, od kiedy człowiek po tej planecie chodzi. No, ale – udało się! Na świecie pojawił się nowy człowiek. Nasz człowiek. Człowiek, który dzisiaj dokładnie kończy rok!

IMG_20150326_111356 (1).jpg
Wspomniana kanarkowa czapa

IMG_8088
IMG_8155

Reklamy

6 thoughts on “Rodzić po tajsku – część 2.

  1. Wspaniała historia i piękna myśl, że kobiety rodzą od lat, na całym świecie i nie trzeba im przeszkadzać. Gratuluję synka i gratuluję doświadczenia porodu w tak dalekim zakątku świata.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s