Anglia · Emigrantka

Angielska strona medalu

Dzisiaj Was zaskoczę. Nie będzie o Tajlandii. Nie chcę, żeby było monotonnie. Ciągle pisać o tym samym kraju. No ile można. Dzisiaj skondensowane wspomnienia z naszych angielskich przeprowadzek. A trochę ich było.

Jak już pisałam (tu), nasza akcja emigracja zaczęła się od spakowania naszego gdańskiego życia i zamieszkania w Anglii, która gościła nas przez dwa lata. Ta nauczyła nas sporo. Głównie pakowania, bo przez problemy z mieszkaniem, musieliśmy się tam przeprowadzać w sumie sześć razy – licząc wszystkie nasze miejsca zamieszkania. Dzisiaj wszystkie te przeprowadzki wspominamy ze śmiechem, ale momentami wcale nam do śmiechu nie było.

Nasze pierwsze mieszkanie w Anglii to był tzw. studio na poddaszu starego wiktoriańskiego domu. Schody były tak strome, że trzeba było się naprawdę skupić na schodzeniu, żeby od razu nie zaliczyć parteru. Mieszkanie nie miało ogrzewania, okna były nieszczelne, grzejniki ledwo wisiały – potem już mniej niż ledwo, bo życie z trzylatkiem bywa przygodą. Był marzec i mimo tego, że klimat angielski jest łagodniejszy od polskiego, wieczorem było tak zimno, że nasze dziecko przykrywało się po sam czubek głowy kołdrą. Próby pertraktacji niczego nie zmieniały. Tak zasypiał, tak spał i tak się budził. Rano było jeszcze zimniej. Wtedy już kogokolwiek ciężko było przekonać do wyjścia spod kołdry. Na szczęście taka sytuacja trwała dość krótko. Kiedy w końcu zawitała wiosna, a następnie lato, było tam tak ciepło, że czuliśmy się jak na Karaibach. Mieszkaliśmy na samym poddaszu, więc zbieraliśmy całe ciepło z dachu. Co jeszcze pamiętam? Prąd na kiju. No, prawie. Niektóre angielskie mieszkania, szczególnie te wynajmowane, mają liczniki, które działają jak telefon na kartę w systemie prepaid. Żeby mieć prąd, trzeba doładować sobie specjalny kluczyk – trochę podobny do pen drive’a. W ten sposób właściciel domu zaoszczędza sobie problemów z niezapłaconymi rachunkami swoich lokatorów. O sławetnych oddzielnych kranach z zimną i ciepłą wodą chyba pisać nie muszę? Do dzisiaj tego nie potrafię pojąć, ale jeszcze pamiętam ten wrzątek na moich dłoniach.

Po sześciu miesiącach przenieśliśmy się do innego mieszkania. Ponieważ nie mieliśmy samochodu, nasze graty przewoziliśmy autobusami. Z większością problemu nie było, bo nie mieliśmy wtedy swoich mebli, więc wszystko można było zapakować do walizek. Za to mieliśmy dość sporych rozmiarów…zjeżdżalnię, którą dostaliśmy od jakiejś angielskiej rodziny. Zjeżdżalnia również przeprowadziła się z nami, przyjeżdżając autobusem… Mina kierowcy – bezcenna. Zresztą, wcale mu się nie dziwię. Nasze drugie angielskie mieszkanie było trochę większe i w innym stylu. Mieliśmy nawet kawałek ogrodu, do którego dość często przychodziły piękne rude lisy. I pewnie mieszkalibyśmy tam spokojnie do końca naszego pobytu, gdyby nie pękła rura z wodą. A pękła zupełnie cichaczem i to dość głęboko w fundamentach. Zaczęło się niewinnie – od małej plamy. Właścicielka przesłała hydraulika. Ten pokręcił kluczem francuskim, zainkasował jakąś kwotę i powiedział, że problem rozwiązany. Ale tylko powiedział, bo po jakimś czasie pojawiła się druga mokra plama na dywanie. Plam z czasem przybywało, aż pewnego wiosennego dnia zauważyłam, że na naszym dywanie wyrosła…trawa! Ktoś pewnie przyniósł z ogrodu ziarenko, grunt był podatny, bo mokry i na dywanie zrobiło się zielono. W końcu po kilku miesiącach tajemniczych mokrych plam mieszkanie nie nadawało się do mieszkania, więc decyzją naszej właścicielki i firmy ubezpieczeniowej, przeniesiono nas do hotelu. Spakowaliśmy część naszych rzeczy i znowu korzystając z komunikacji miejskiej, zamieszkaliśmy na jakiś czas w hotelu, a następnie w mieszkaniu tymczasowym. I wszystko byłoby cudownie, gdyby nie fakt, że było ono na sprzedaż i przez nasz dom przewijał się tabun ludzi. Czasami agenci dzwonili wcześniej i uprzedzali, a czasami mieli swoje klucze i wchodzili jak do siebie. Kiedyś przyszedł jakiś mężczyzna z agencji i miał zrobić wycenę mieszkania. Przypominał trochę Richarda Bransona. Do dzisiaj pamiętam jego twarz, a to dlatego, że opowiedział mi, jak ukazała się mu się Matka Boska w jego domu. Oczywiście można wierzyć lub nie, ja miałam pełne portki strachu, bo nie wiedziałam, czy nie trafiłam na jakiegoś psychopatę. Koniec końców mieszkanie wkrótce trafiło pod młotek. Dowiedzieliśmy się o tym dość nietypowo – rano, w dniu kiedy kończyła nam się nasza miesięczna umowa najmu, zadzwoniła agentka z informacją, że umowy nam nie przedłużają, choć jeszcze dzień wcześniej wszystko było uzgodnione, i mamy 10 godzin na spakowanie naszych rzeczy.

Kolejne mieszkanie było wspaniałe. Ciepłe, przytulne i w świetnej dzielnicy. Też było na sprzedaż, ale potencjalni nabywcy wcale nie przeszkadzali. Byłoby prawie idealnie. Tyle, że w międzyczasie Pierworodny zaczął szkołę, która była dość daleko, bo należała do rejonu naszego mieszkania z trawą. Rano do szkoły, powrót, po południu do szkoły i powrót do domu. Jedynie cztery godziny w metrze, z dwójką dzieci, bo zdążyliśmy się rozmnożyć. W końcu po kilku miesiącach tułaczki wróciliśmy do naszego mieszkania. Pomieszkaliśmy tam trzy miesiące i tak zakończyła się nasza angielska przygoda.

Czy żałuję przeprowadzki do Anglii i tego wszystkiego, co nas tam spotkało? Nie. Bardzo dużo mnie ta akcja emigracja nauczyła. Zupełnie innej organizacji życia, podejścia do niego, samodzielności i języka. Miałam okazję poznać wielu wspaniałych (i niewspaniałych też) ludzi, trochę innej kultury, obyczajów, a dzięki naszym licznym przeprowadzkom kilka przepięknych miejsc, których zapewne bym nie widziała, gdybyśmy mieszkali tylko w jednym miejscu. Przyjeżdżałam do Londynu z lekkim przerażeniem, a wyjeżdżałam z poczuciem, że te dwa lata nie były stracone. Bo każdy medal ma dwie strony.

Poniżej kilka zdjęć z Anglii. Dość sztampowe – może nie powalają ani oryginalnością, ani świetną perspektywą czy też jakością i zapewne wszyscy emigranci i turyści takie mają, ale mimo wszystko wracam do nich z sentymentem.

DSCN0860DSCN0869DSCN0870DSCN0342DSCN0687DSCN0335DSCN0373z sentymentem.

.

Reklamy

One thought on “Angielska strona medalu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s