Emigrantka

Na straganie w dzień targowy…

Sobotni poranek to idealny czas na zakupy na targu. Wskakujemy więc z Juniorem na łódkę i po 15 minutach docieramy na miejsce. Targowisko w Thewet, o którym dzisiaj mowa, ciągnie się wdłuż kanału. (Kanał to, oględnie mówiąc, rzeczka ze ściekami, która łączy się z Chao Phrya – rzeką, nad którą leży Bangkok). Śmierdzi tam jak jasna cholera. Miesza się zapach mięsa, ryb, żab, ślimaków, owoców, warzyw i przypraw. Do tego biegające między nogami koty i jeżdżace motocykle. Upał, jak zwykle – ponad 30 stopni, choć jest ranek… Zima już sobie poszła.

Targowisko to miałam okazję poznać zaraz po naszym przyjeździe do Bangkoku. Na początku bałam się wejść w głąb niego. Nie wiedziałam, czego mogę się tam spodziewać. Wyjścia jednak nie miałam, bo jeść coś trzeba. W końcu odważyłam się postawić tam swoją białą stopę w nowych sandałkach. I od razu pożałowałam! Na samo dzień dobry weszłam w jakieś brejowate bajoro – wszystko to, co ścieka z ryb i mięsa oraz lodu. Potem było już z górki, chociaż tego zapachu nie znoszę do dzisiaj.

Klimatu tego miejsca nie da się do końca ani opisać, ani oddać zdjęciami. Tam po prostu trzeba być. W ogromnych plastikowych misach pluskają (się) ryby, wiją węże, kłębią się żaby, skaczą żółwie. Zdarza się, zupełnie nierzadko, że któraś z tych wąsatych rzecznych ryb wyskoczy na chodnik i wije się na środku przez jakiś czas. Czasami ktoś ją podniesie i wrzuci z powrotem do miski, a czasami wije się to i wije. Taki żywy zwierzak (ryba, płaz czy gad) ma dwie ścieżki przyszłości, choć jakkolwiek nie jest to przyszłość świetlana – albo przyszły nabywca go zje, co jest dość oczywiste, albo wypuści na wolność i  wrzuci do rzeki – wspomnianej Chao Phrya, która jest bardzo zanieczyszczona. Tajowie wierzą w reinkarnację, więc dla nich takie zachowania są zupełnie naturalne. Wróćmy do naszego targowiska. Na metalowych tacach obłożonych lodem wyłożeni są już ci, którzy szczęścia mieli mniej – wypatroszone ryby, krewetki, żaby. Na hakach wisi mięso – wołowina lub wieprzowina. Można kupić też przyprawy, pyszne owoce i warzywa. Stoiska rozłożone są po obu stronach. Dla przeciętnego nie-tubylca ten widok może być szokujący. Jestem pewna, że nasz Sanepid padłby trupem z wrażenia! Jednak w Tajlandii takich miejsc jest mnóstwo, a to akurat należy do mniejszych. Co więcej – mięso kupione na takim targowisku jest świeże i pachnące. W marketach bywa z tym różnie, bo zazwyczaj śmierdzi mi plastikiem. Stoiska z owocami znacznie różnią się od naszych. Jabłek raczej się tu nie spotka, ale za to mango, ananasy, smocze owoce, liczi, zielone mandarynki, które idealnie nadają się na sok. Zawsze z takiej wyprawy wracam obładowana do granic możliwości, bo ciężko się oprzeć widokowi takiej ilości owoców! A z tymi ciężkimi torbami dotrzeć trzeba jeszcze na łódkę, która zabierze nas do domu. Zziajana, zdyszana, spocona, ale szczęśliwa mogę w końcu nacieszyć się sokiem ze świeżo wyciśniętych zielonych mandarynek i zatopić zęby w ciepłym jeszcze od słońca mango. Mniam!

Zapraszam do oglądania zdjęć.

I żeby było jasne. Wróbel jest polski. To emigrant.

Advertisements

5 thoughts on “Na straganie w dzień targowy…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s